Nocleg pod tysiącem gwiazd - Ćwilin / Beskid Wyspowy

04.08
2013
Rabka-Zdrój - Mszana Dolna - Mszana Górna - Łostówka - Łostówka Tworki (do żółtego szlaku) - Ćwilin (1072m)
32km / alt+ 700m / 1600kcal Skala trudności: 4 Ślad GPS:

05.08
2013
Ćwilin (1072m) - Czarny Dział (673m) - Grunwald (624m) - Mszana Górna - Mszana Dolna - Rabka Zdrój
33km / alt+ 350m / 1100kcal Skala trudności: 5 Ślad GPS:

Autor: Ania Makuszewska

Wróć na stronę główną

Nocleg pod tysiącem gwiazd, kawa o poranku z widokiem na Tatry... chociaż nie mieliśmy w biwakowaniu żadnego doświadczenia, to przecież do odważnych świat należy.
Przygotowania do biwaku zacząć należało oczywiście od zakupu dachu nad głową, zdecydowaliśmy się na jak największy namiot przy jak najniższej wadze.



Wybraliśmy niskobudżetowy model marki Royokamp. Cena poniżej 100 zł za trójkę przy wadze 1,4 kg to parametry zaspokajające nasze potrzeby. Do namiotu dokupiliśmy małe i
kompaktowe śpiwory, grube karimaty, no i oczywiście przenośną "kuchnię". Malutki palnik z kartuszem gazowym i turystyczne garnki w których mieści się ów zestaw, był strzałem w dziesiątkę!



Z czystej ciekawości dorzuciliśmy dania liofilizowane. Jak być górskim odkrywcą to pełną gębą.



Jako, że wraz z zeszłorocznym sierpniem nadciągnęła też fala upałów, a nasz biwakowy dobytek lekki nie był, nie nadwyrężaliśmy się za bardzo długą trasą. Na pierwszy biwak został jednogłośnie
wybrany Ćwilin (1072m). Góra piękna, widoki piękne, podjazd trochę mniej, no ale co poradzić. Drugi co do wysokości szczyt Beskidu Wyspowego miejscem na nocleg jest wyśmienitym.



Wyruszyliśmy z Mszany Dolnej, po tym jak znaczną część dnia spędziliśmy mocząc tyłki w Mszance. Klasycznie udaliśmy się na górę żółty szlakiem. Wożenie całego dobytku na plecach
wraz z wodą (nasze plecaki ważyły po 12kg) i napojami relaksującymi najbardziej przyjemne na świecie nie było, ale wiedzieliśmy że warto. Po drodze trafiamy na mały bonus.



Moja romantyczna wizja biwaku jak to sobie we dwoje leżymy na górze i oglądamy gwiazdy legła jednak w gruzach kiedy dotarliśmy na szczyt. Na równie romantyczny pomysł wpadło bowiem z 15 osób,
które właśnie rozbijało swoje namioty na Ćwilinie... Na szczęście miejsca jest dużo i każdy mógł znaleźć w miarę samotne miejsce.




Biwakowanie zaczęliśmy od rozłożenia namiotu i wtedy się właśnie okazało dlaczego pomarańczowy to nie jest najlepszy pomysł na namiot. W owym czasie w Beskidzie Wyspowym trwał jakiś sezon
godowy latających mrówek. Szczególnie mocno upodobały sobie nasz namiot i po chwili cały namiot z zewnątrz pokryty był kopulującymi mrówkami... Spoko, po zmroku się zebrały.



Wszamaliśmy więc nasze liofilizaty (makaron z sosem śmietanowym rządzi!) no i tak... poszwendaliśmy się trochę po okolicy, wpakowaliśmy rowery do namiotu. Nie wiem jakim cudem, ale weszły zostawiając
nam całkiem sporo miejsca do spania. Gdy zapadła ciemność oczom naszym ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków świata: miliony gwiazd nad głowami na tle czarnego nieba, świetnie widoczna droga
mleczna i te wszystkie konstelacje, których nigdy nie pamiętam (ale Wojtek pamięta i to wystarczy). Z mocnym postanowieniem pobudki na wschód słońca idziemy spać.




Rano obudziły nas... nie, nie mrówki, ale promienie słońca. Wzeszło trochę wcześniej i trochę bardziej na wschodzie niż się spodziewaliśmy. No cóż, bywa. Ciągle nam to słońce rano ucieka, ale jeszcze je dorwiemy!
wnież bawię się w myśliwego i strzelam kadry aparatem, taki ze mnie elektroniczny mordulec ;)



Największym plusem wyjazdów na rower, oczywiście obok samej jazdy jest to, że na wyjazdach Wojtek zawsze robi najlepsze śniadania na świecie. Śniadanie plus świeża kawa i widok na Tatry
to kwintesencja idealnego powitania nowego dnia.



Landszafty po sam horyzont, tutaj Pieniny Małe i pasmo Veternego Verchu...



...a tutaj Tatry Wysokie, o poranku.



Jeszcze tylko pamiątkowe foto z mimem w kalesonach na szczycie :] i...



...po spakowaniu wszystkich naszych maneli zaczynamy zjazd w dół. Żółty szlak nie jest najbardziej hardcorowy, ale dla niewprawionych riderów (jak ja) może stanowić pewne problemy.
To nic, że od tygodnia panowały prawdziwie tropikalne upały.




Zjeżdżając kamienistym i stromym zjazdem czasem moja odwaga (aż nie wierzę, że to piszę) mnie wyprzedza i postanawiam zjechać na przysłowiową ?pałę?. Uda się albo się nie uda.
Nie inaczej było tym razem. No ale w momencie kiedy tylne koło oderwało się od podłoża, a ja wraz z rowerem przechyliłam się na przód zdążyłam tylko pomyśleć ?o k...znowu...?
i runąć z impetem przez kierownicę.



Wojtek pomykający dużo szybciej był już o wiele dalej z przodu i nie słyszał że znów leżę. Poleżałam, podniosłam się, postawiłam rower na koła (stał na kierownicy i siodełku ;) ).



To nic, że las był suchy jak pieprz. Impossible is nothing! Wpadłam do największej, najbardziej śmierdzącej i chyba jedynej kałuży w lesie. Naprawdę nie wiem jak to się stało. Wojtek z politowaniem
pokiwał głową, a potem podał mi kij żeby mnie wyciągnąć (dlaczego nie rękę? Nie rozumiem!).




Po drodze w lesie spotykamy jeszcze stado owiec. Widok dość niecodzienny, ale zwierzaki z taką ilością wełny na sobie ledwo dyszały przy wysokich temperaturach i schowały się do cienia. Takie leśne owce.



Jeszcze tylko przyjemny kawałek singla za Grunwaldem (624m), opadającego równolegle do żółtego szlaku ale na południową stronę szczytu/pasma Ćwilina i lądujemy w Mszanie Górnej.



Z lekkimi obrażeniami udało mi się dotoczyć na dół i z powrotem wpakować się do rzeki w celu zmycia całego po-kałużowego błota... Biwak z pewnością pozostanie w mej pamięci do końca życia.
Polecam wszystkim miłośnikom lajtowego survivalu. I te mrówki i te gwiazdy, no i to błoto!




Wróć na stronę główną

All www & foto copyrights 2004-2012 by WZ