Włoskie wakacje cz.1- Carosello3000 / Panoramica / Alpy Retyckie / Centralne Alpy Wschodnie / Włochy


Autor relacji: Ania Makuszewska

19.08
2012
Livigno (S.Rocco 1860) - Carosello (2779m) - Valle di Federia - Livigno (S.Maria 1806m)

Livigno (S.Rocco 1864m) - Mottolinio (2400m) - Camanel di Planon - Monte della Neve - Livigno
44km / alt+ ?m / 2600kcal Skala trudności: 5 Ślad GPS:

20.08
2012
Livigno - Pante delle Capre (1810m) - Passo di Valle Alpisella (2285m) - Passo di Frale (1952m) - Alpe del Gallo (2080m) - Ofenpass (2400m) - Alp Mora (2084m) - Passo Val Mora (1934m) - Passo di Frale (1952m) - Lago di S.Giacomo di Fraele (1949m) - Lago di Cancano (1884m) - Casine di Trela - Paso di Val Trela (2295m) - Val Pila - Pante delle Capre - Livigno S.Maria (1810m)
58km / alt+ 1400m / 3900kcal Skala trudności: 6 Ślad GPS:

Wróć na stronę główną

Wielkie góry i wielkie widoki. Pierwszy podjazd w Alpach zapiera dech w piersiach. I to bardzo dosłownie. Na początek Wojtek zaplanował coś w jego mniemaniu lekkiego.
Po wylądowaniu wieczorem w malowniczym Livigno, kolejnego dnia prawie skoro świt wyjeżdżamy kolejką na Carosello 3000 (zdradzę wam że naprawdę ma 2900 m.n.p.m).



I chociaż gondolki wywiozły nas dość wysoko to jednak co nieco trzeba było podkręcić pod górkę. Jako że był to początek wyjazdu dość wyraźnie czuć lekko już rozrzedzone powietrze
w płucach. Wszelkie te bóle świetnie rekompensują jednak oszałamiające widoki. Wysokie góry aż po horyzont ? nieczęsto mamy okazję oglądać tak odmienny krajobraz.



Jak mały jest człowiek w stosunku do siły natury można sobie uświadomić przycupnąwszy na kamieniu - lub oglądając zdjęcie poniżej :). I jak tu teraz zjechać?



Na szczęście można jeszcze przez chwilę pokontemplować, pozachwycać się widokiem śniegu i lodowców smażąc się w kilkudziesięcio stopniowym upale. A jest czym się zachwycać!



Życie płynie tu jakby bardziej leniwie, wokół słychać dzwonki mlecznych krów (które wcale nie są fioletowe!), a w dolinkach chodzą roznegliżowani pasterze i znudzone pasterskie psy.



Czas wziąć kilka głębokich oddechów i zacząć zjeżdżać w dół. Powiedziałabym nawet że postawić swoje życie na szali zaufania do swoich hamulców!



Zjazd nie był jednak nazbyt straszny, choć przy odpowiedniej prędkości pewnie mógł dawać się we znaki. Ścieżki są jednak doskonale przygotowane, a piesi turyści (jakim cudem?)
ustępują nam z drogi i to z uśmiechem na ustach.



Wąski singiel, wysokie góry, piękna pogoda i rower (i zimne piwko:P) - to przepis na szczęście według Wojtka.



Po tak przyjemnym zjeździe decydujemy się na wyjechanie kolejką na Mottolino. Jako, że jest tam bike park to aż roi się od wszelakich zjazdowców.
Krowy na to wszystko patrzą ze swoim stoickim spokojem. Od nadmiaru wrażeń mogłoby im się przecież skwasić mleko :)



Trasa Panoramica okazuje się być jeszcze bardziej malownicza, widać z niej naprawdę wysokie szczyty i lodowiec. Zjazdy dają flow nawet mnie... podjazdy już trochę mniej.
Na trasie tej można trafić na małą drewnianą chatkę, która w razie czego służy jako awaryjny nocleg. Jest otwarta i bardzo dobrze wyposażona. I nikt jej ani nie okradł, ani nie spalił,
ani nie zdewastował... Ani nawet nie namalował na niej graffiti. Niebywałe.



Drugi dzień to trasa mająca na celu zobaczenie na żywo jak świstak zawija w sreberka. Prowadzi ona do niezwykłych jezior Lago di San Giacomo oraz Lago di Cancano. 50 kilometrowa trasa zaczyna
się niewinnie od asfaltowej ścieżki wzdłuż jeziora nad którym położone jest Livigno. Kiedy tylko asfalt się kończy zaczyna się... alpejskie piekiełko. Szutrowy podjazd, który zdaje się nie mieć końca...



Po ?przyjemnym? spacerku z rowerem w trakcie którego wyprzedzały mnie nawet dzieci (ale one były bez rowerków ;) docieram do czekającego na mnie Wojtka.
Miał on to szczęście, że położył rower na świstakowej norce i przez chwilę ujrzał oburzonego jej właściciela. To pewnie był Gofer!



Kiedy nieprzyzwoicie długi podjazd się kończy zaczyna się wspaniały zjazdowy singiel prowadzący nad szmaragdowe jeziora..



Wpada nam nawet do głowy pomysł z kąpielą jednak temperatura wody skutecznie go studzi, bo spływa ona wprost z lodowca. Objeżdżamy więc jezioro i przeprawiamy się przez tamę.
Podczas ostatniego podjazdu okazuje się że coś jest nie tak. Zbliża się... burza. Resztę tej wycieczki spędziliśmy na uciekaniu co sił w nogach w strugach deszczu przy ostrym łomocie
piorunów. A świstaki? Świstały sobie radośnie - nic sobie z tej burzy i naszego strachu nie robiąc.




Wróć na stronę główną

All www & foto copyrights 2004-2012 by WZ